Prawie dziś wyrzuciłam plastikową butelkę. Tak jak trudno było mi zacząć je wyrzucać, tak teraz prawie zapomniałam, że wyrzucać nie trzeba...
poniedziałek, 25 kwietnia 2011
Wylądowałam i od razu poczułam, że oddycham inaczej. Jakoś mniej niż w Polsce obchodzi mnie jak wyglądam, swobodniej się poruszam, swobodniej się czuję. Wiem, że te wrażenia są jedynie produktem mojej wyobraźni, interpretacją tego, co obiektywnie wcale nie jest tym, czym mi się wydaje. Jednocześnie nie mogę oprzeć się myśleniu, że tutejszy społeczny mikroklimat diametralnie różni się od tego, który mam na co dzień. I pewnie jest też tak, że wraca zachwyt bycia turystką, nie rezydentką. Z drugiej strony jadąc metrem obserwuję obce byty, niekoniecznie pochodzące, ze Szwecji i czuję, że już tu nie przynależę na stałe. I nawet kiedy przynależałam, była to przynależność nabyta, stworzona sztucznie i nie na sto procent, ani na początku, ani nigdy później.
środa, 24 listopada 2010
poniedziałek, 2 sierpnia 2010
Od dłuższego czasu przebudowują dworzec główny w Sztokholmie. Sklepy znikają, restauracje przenoszą się w inne miejsca, a wszystko to jest niewątpliwie uciążliwe dla pasażerów. A raczej powinno być i pewnie jest poniekąd. Tylko jak tu się denerwować, kiedy idziesz np. do kantoru a tam wielka kolorowa tablica w stylu: Pssst, nie podglądać, straszny tam bałagan, chwilowo przenieśliśmy się na górę. Przy szafkach do przechowywania bagażu za to: Szafki do bagażu też muszą sobie popodróżować, jesteśmy tuż za rogiem. Cały dworzec w podobnych komunikatach. Rozbrajające.
niedziela, 25 lipca 2010
Jestem świadkiem narodzin pokolenia Smoleńsk. Leciałam dziś samolotem. Była mgła, widoczność znacznie ograniczona. Zasnęłam jeszcze zanim samolot wystartował. Przed zaśnięciem zarejestrowałam tylko, że otacza mnie kilkoro dzieci. Może to dlatego miejsce, które zajmowałam było puste, podczas gdy dookoła trudno było o wolny rząd. Kiedy usiadłam, zdałam sobie sprawę, że i za mną i przede mną roi się od Marcinków, Agnieś i Dawidków. Mało kto chce podróżować samolotem w pobliżu dzieci. Było mi wszystko jedno, bo i tak wiedziałam, że zasnę. Kilka minut przed lądowaniem obudził mnie głos Marcinka lub Dawidka (na oko lat pięć), który siedział tuż za mną i dość głośno komentował słabą widoczność i lekkie turbulencje: mamo, mamo, zginiemy, mamo, ten pilot nie panuje nad sytuacją, mamo będzie katastrofa, teraz to już na pewno, bo z tego skrzydła aż dymi, mamo, mamo zobaczysz, że się rozbije… w tym momencie samolot wylądował a Dawidomarcinek najdłużej ze wszystkich podróżnych bił brawo z radości.
Subskrybuj:
Posty (Atom)